Ostatni dzień Na Vipassanie

by Marvelous Wave

Mój czas po zakończeniu  10 dni na odosobnieniu Vipassana było bez wątpienia dużym sprawdzianem. Podczas ostatniego dnia kursu, kiedy zerwane zostało „szlachetne milczenie”, nauczyciel w delikatny sposób próbował przekazać nam informacje ze świata zewnętrznego. Pamiętam pierwsze słowa: „Musimy przygotować Was na to, że świat nie jest już tym samym światem, który opuściliście 10 dni temu” i zaczął kontynuować opowieść o sytuacji na świecie związanej z Corona Virus. Studentów, którzy tak jak ja po wyjściu z Vipassany mieli w zamiarze podróżować do innych krajów poproszono o spotkanie z menagerami centrum sam na sam w celu wyjaśnienia szczegółów.  Wszystkich nas ogarnęło poruszenie. 

Przez 10 dni naszym jedynym zadaniem było całkowite skupienie się na sobie oraz swoich doznaniach. Myślenie o świecie zewnętrznym nie służyło medytacji. Medytowaliśmy 10 godzin dziennie, resztę dnia przesypialiśmy bądź spacerowaliśmy  w milczeniu. Ostatnie 2 dni medytowaliśmy 24h na dobę – musieliśmy być świadomi każdego naszego kroku, kiedy braliśmy prysznic musieliśmy być świadomi tego, że bierzemy prysznic, ze wszystkimi doznaniami. Kiedy jedliśmy musieliśmy być skupieni tylko na jedzeniu. Po takim zabiegu w 98% zapomniałam o świecie zewnętrznym. Nawet w nocy medytowaliśmy – po całym dniu koncentracji zapadniecie w sen było niemożliwe. Część studentów leżała w łóżku z oczami zamkniętymi ale świadoma tego, że leży. Tej części, której udało się zasnąć sny były tak realistyczne, że można by je bardziej przyrównać do śnienia na jawie.  Pamiętam, że było mi ciężko, bo dotychczas w przerwach od medytacji wybiegałam myślami  w przyszłość myśląc o Wiktorze, o tym, że za chwilę zobaczę ocean, polecę na mój wyczekiwany trip z plecakiem po Azji. Oczami wyobraźni czułam już małe indonezyjskie rączki rozmasowujące moje zbolałe ciało. Czułam, że to będzie mój czas. Byłam gotowa! Niestety musiałam z tym poczekać jeszcze 48h, pozwalałam sobie więc na chwile wytchnienia i na kilkusekundowe wizje mojego wakacyjnego życia za bramami Vipassana Centrum – czułam wtedy przypływ gorąca i motylki szczęścia w brzuchu.  Niestety – rzeczywistość okazała się inna niż moje plany wobec niej. I już wtedy mogłam pierwszy raz przekonać się jak nie warto tracić czasu na życie w przyszłości. 

Gdy nauczyciele w centrum przekazali nam tę okrojoną informację pierwszy raz od bardzo dawna poczułam napięcie i niepokój. Moją głowę zaczęły  opanowywać myśli : „ co tam się dzieje”, „czy moja rodzina jest bezpieczna”, „czy ktoś zachorował”, „czy będę mogła wyjechać”, „co z moją pracą”.  Czułam się jakbym żyła w jakiejś zaczarowanej krainie pełnej cudownych kwiatów, ptaków motyli zupełnie bezpieczna i nieświadoma, gdy za bramą odgrywa sie film science – fiction o zoombie. 

Najgorsze w tym wszystkim było to, że do dnia następnego dalej nie mogliśmy odebrać swoich telefonów, więc pozostawieni z tymi myślami i swoją głową musieliśmy przeczekać noc. Miałam przed sobą jeszcze dwie sesje medytacyjne i wykłady.

Pierwsza medytacja była beznadziejna, spędziłam ją próbując złapać głębszy oddech i pocieszać się, że jeśli zdarzyłoby się coś bardzo strasznego  to przecież ktoś z moich blich zadzwoniłby na numer stacjonarny. Wyszłam z niej kompletnie wyczerpana i smutna, że całe 10 dni vipassany na nic – jestem kłębkiem nerwów, a miałam przecież latać 3 metry nad ziemna. I wtedy do mnie dotarło : Nie mogę nic zmienić z moją rzeczywistością, jedyne co mogę zrobić to panować nad swoimi myślami i strachem, które one generują. W dalszym ciągu nie mogłam opanować jednak PRAGNIENIA aby było już rano i żebym mogła zadzwonić do Wiktora.  Krótko po tym przypomniałam sobie kolejną naukę, którą wałkowałam 10 porzednich dni : „ nie możemy przywiązywać się do naszych pragnień, oraz do naszych niechęci, bo one stwarzają jeszcze większe mentalne cierpienie –  trzeba odpuszczać. I znowu – nic mi nie pomoże i nic nie zmieni to, że będę dzisiaj pragnąć jutra , jedynie co się stanie, to zwiększe swoje cierpienie. Tak też zrobiłam. Siedząc przed kolejną medytacją obiecałam sobie, że tym razem skupię się całkowicie na niej, bo tylko wtedy kiedy oczyszczę swój umysł, będę mogła  spokojnie zasnąć i nastanie moje wyczekiwane jutro. Miałam w głowie słowa, które powtarzane były przed i po każdej medytacji „ nic nie trwa wiecznie, szczęście nie trwa wiecznie,  ból nie trwa wiecznie,  wszystko się zmienia, zmienia, zmienia”.

Udało mi się medytować 1h – tę medytację będę pamiętać do końca życia. Zdałam sobie sprawę jakie mam szczęście, że udało mi  się wejść na tę drogę i nauczyć się technik, które pozwalają mi, niezależnie od okoliczności, zachować spokój i harmonię. Poszłam spać w dalszym ciągu myśląc o moich najbliższych, ale już bez strachu, totalnie spokojna i zrelaksowana – medytacja pomogła !!!  Mysłałam o nich z miłością, wysyłając dużo dobrej energii. Przespałam całą noc. 

Rano po porannej medytacji, kiedy odzyskaliśmy już telefony, zadzwoniłam do Wiktora. Powiedział mi, że wszyscy są zdrowi i siedzą w domach z powodu kwarantanny. Płakałam ze szczęścia. Płakałam ze szczęścia również dlatego, bo przekonałam się co jest w życiu naprawdę ważne, a są to rodzina i zdrowie. Po krótkiej rozmowie zapytałam się czy mogę jechać do Indonezji? Wiktor uśmiechnął się i powiedział: NIE. Nawet mnie to nie ruszyło. Wszystko się zmienia zmienia zmienia J

0 comment
0

Może Ci się spodobać

Leave a Comment