„Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj”

by Marvelous Wave

Parafrazując jednego z największych filozofów XX wieku, Kubusia Puchatka: nie wiesz, że tworzysz wspomnienia, wiesz tylko, że świetnie się bawisz. 

Ale Ci zazdroszczę, powiedziała Marta, kiedy pokazałam jej mój nowy campingowy fotel od National Geografic. Nie zazdrościła mi rzecz jasna gadgetu za $30, ale jutrzejszego solo tripu na północ Australii. Wszystko miałam zaplanowane – no dobra, nic nie miałam zaplanowane i to było najlepsze. Solo wyprawa do najbardziej dzikich zakątków Australii gdzie większość rzeczy chce Cię zjeść budziła moją ekscytację, adrenalinę i respekt do samej siebie. Czułam się jak bohaterka mojego ulubionego filmu” Into the Wild”. Spakowałam bagażnik, który od tej pory był moją sypialnią, kuchenkę gazową i kilka książek.

Martę poznałam na Vipassanie, miała podróżować ze swoim brazylijskim partnerem po Australii zaraz po zakończeniu kursu. Niestety, Covid pokrzyżował im plany tak jak z resztą większości z nas. Zwiedzanie Australii z ukochanym Marcie nie wyszło. Została również bez domu, pracy , za to z autem pełnym podróżniczych marzeń. Po kilku dniach Brazylijczyk wpadł na pomysł, aby przeprowadzić się do Byron Bay. Niestety w swym planie nie uwzględnił Marty. Pozbawił ją tym samym nie tylko marzeń o podróży, ale również auta. Przygarnęłam więc owcę na noc i „zrobiłyśmy butelkę” śmiejąc się z jej doli. Nie zrozumcie mnie źle, to Marta śmiała się ze swojego losu najbardziej 🙂

Jak możecie się domyślać nazajutrz Marta siedziała w miejscu, które pierwotnie przystosowane było na kuchnie.

Podróż Noosa Heads do Port Douglas to 1643 km czyli jakieś 18h podróży. Ja planowałam zrobić je w dwa dni – z Martą potrzebowałyśmy dobrego tygodnia by dojechać do celu. Moja nowa współlokatorka spisywała się w nawigowaniu , jak PIS w rządzeniu, a moja miłość do Chai Tea każdego poranka dodawała nam jeszcze więcej kilometrów. Kilkadziesiąt kilometrów dołożyć musiałyśmy również wtedy, kiedy zorientowałyśmy się, że Australia to nie Polska, a stacje benzynowe oddalone są od siebie nawet setkami kilometrów.

Czasami udało nam się zrobić 150 km, a czasami 40. Raz postanowiłyśmy zostać dłużej w miejscowości słynącej z najlepszego Sauvignon Blanc – Marlborough, bezskutecznie szukając winnic. Pan w sklepie, któremu sfrustrowane sylabowałyśmy WI NE RIES ( winiarnie ) myśląc, że jest totalnym przygłupem, który nie rozumie angielskiego w końcu spojrzał na nas łagodnie i powiedział ” dziewczynki, owszem, jesteście w Marlborough, ale winnice są w Nowej Zelandii, a nie Australii- to tylko wiocha o tej samej nazwie. Ostatecznie zostałyśmy na nizinnym pustkowiu Marlborough pijąc tanie wino w aucie.

Czasami siedziałyśmy na torach pociągu oglądając wyładowania atmosferyczne nocą.

Pływaliśmy na wielkiej Rafie Koralowej pełnej rekinów. Wkradałyśmy się do opuszczonych domów i samochodów pełnych węży i skorpionów. Spałyśmy na plażach pełnych znaków „uwaga krokodyle”.

Tańczyłyśmy z Kazuarem, ptakiem któremu bliżej do pterodaktyla nie wiedząc, że jest plasującym się na wysokim numerze 3 australijskich zwierząt, które chcąc Cie zjeść. Odwiedzałyśmy dżungle, uciekałyśmy przed policją, podróżowałyśmy w czasie kiedy papier toaletowy był produktem luksusowym, a spacerowanie po chodnikach przypominało sceny z filmu „Jestem Legendą”.

Nie patrzyłyśmy na destynacje. Zostawałyśmy tam, gdzie akurat czułyśmy, że było nam dobrze.

Nie było nam wygodnie ani luksusowo. Spałyśmy w suwie, który był również naszym salonem, kuchnią i łazienką.

Żyłyśmy na ryżu z fasolą i pomidorami. Nie dlatego, że nie stać nas było na obiad w knajpie, ale dlatego, że żadna z nich nie była otwarta.

Naszą imprezą były nocne pogawędki, a największą przyjemnością poranna kawa. Czas umilały nam widoki, które zmieniały się wraz z mijającymi kilometrami.


Znałyśmy się kilka dni, a czułyśmy się ze sobą tak dobrze jakbyśmy przeżyły wspólnie lata. Połączyła nas bowiem jedna myśl. Żyje się tylko raz, ale jeśli robisz to dobrze, raz wystarczy.

Bronnie Ware, australijska pielęgniarka pracująca z nieuleczalnie chorymi pacjentami w niemieckim hospicjum, pytała ich o to, czego najbardziej żałują. W obliczu śmierci u każdego z nich następowało przewartościowanie życia i tego, co naprawdę uznawali za ważne. Co przejawiało się najczęściej w ich odpowiedziach? Żal, że ktoś nie miał więcej odwagi, by żyć życiem prawdziwym dla siebie, i w zamian żył życiem, którego oczekiwali od niego inni. Także żal związany z brakiem odwagi, odwagi do robienia tego, co naprawdę chcemy. Wiele razy nie robimy czegoś, znajdując tysiące powodów – zawsze racjonalnych, ale nigdy dla nas samych prawdziwych – by nie realizować siebie. Co pomyślą inni? Co jeśli się nie uda? Co jeśli zrobię z siebie idiotę? 

Wybieramy więc bezpieczniejszą ścieżkę przeciętności i strefy komfortu, które nieubłaganie ograniczają z każdym rokiem nasz potencjał do wykorzystywania własnych talentów, aż w pewnej chwili jest za późno. „Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj” 

P.S. Marta o wiele lepiej czuje się za obiektywem a próba zrobienia jej zdjęcia grozi kalectwem. ..

Jej największy przyjaciel ( nie godna jestem z nim rywalizować ) – NIKON został skradziony noc poprzednią z truskawkowej farmy, gdzie Marta obecnie odpracowuje swoją możliwość przedłużenia wizy Working Holiday. Marta ze spokojem przeżyła odejście chłopaka, utratę auta oraz rozłąkę ze mną…Jednak bez swojego zioma – czarnego pstrykacza czuje się jak pozbawiona duszy.
Pomóżcie mi wesprzeć ją i jeśli uważacie, że powinna szybko wrócić do tego co czyni najlepiej – dorzućcie się na jej nowy aparat !

I pamiętajcie…DOBRO WRACA. Dziękuje…Kasia

https://zrzutka.pl/jnerkf

0 comment
3

Może Ci się spodobać

Leave a Comment